| www.duranduranpoland.com |
Polskie recenzje płyty "All You Need Is Now" |
| "All You Need Is Now" to jedno wielkie jajo z niespodzianką 27-03-2011, autor: Piotr Stelmach, wp.pl, foto: duranduranpoland.com Zespół wreszcie przypomniał sobie o własnej chlubnej przeszłości, choć ta płyta powinna ukazać się 28 lat temu. ![]() O ile poprzedni album Duran Duran, "Red Carpet Massacre" był ostatecznym odtrąbieniem końca ery Timbalanda jako producenckiego galactico, o tyle "All You Reed Is Now", wprawdzie z mniejszą pompą, ale skutecznie wprowadza na pusty tron Marka Ronsona. Oto nowy guru studia nagraniowego wraz z grupą podupadłych w ostatnich latach idoli wysmażają światu coś na kształt popowego arcydziełka. To właśnie tak powinna była brzmieć trzecia płyta Duran Duran. Po debiucie (1981) i będącym dziś już klasyką popu albumie "Rio" (1982) zespół w zadziwiający dla fanów sposób zaczął topić swój artystyczny potencjał. Od tamtego czasu Durani nie wydali właściwie ani jednej, równej płyty. Zdarzały się grupie jedynie celne, przebojowe single, ale o udanej i skończonej albumowej całości można było jedynie pomarzyć. Sklecony po ponad 20 latach oryginalny skład zdołał wprawdzie popełnić płytę "Astronaut", ale była on jedynie zwiastunem ewentualnych tłustszych czasów w historii kapeli. Ewentualnych, bo nagrane pod przywództwem bardziej modnego niż twórczego Timbalanda "dzieło" kolejne okazało się największą katastrofą Duran Duran. Zamiast tłustych, nowoczesnych bitów i zawiniętych w nie mocnych melodii były wątłe, pozbawione iskry i pomysłu pierdoły, które po raz kolejny, tym razem bezwzględnie, zweryfikowały legendę zespołu. Wyjścia były dwa - albo ostatecznie zamknąć kramik i cieszyć się spływającymi z kolejnych "definitywnych kolekcji" tantiemami, albo po raz pierwszy od prawie trzech dekad przypomnieć sobie i fanom patent na wiktorię w sosie własnym. Wybrano opcję drugą, a rezultat jest piorunujący! Ronson zastosował podczas sesji śmiesznie prostą taktykę. Kiedy instrumentalno - melodyczne pitolongo w jakimś momencie przypominało klimat dwóch pierwszych longów Duran Duran, producent kazał im po prostu grać dalej. W niektórych przypadkach prosił Nicka Rhodesa, by ten wykreował dźwięki podobne do zamykającego album "Rio" utworu "The Chauffeur". Simon Le Bon dodawał chwytliwe linie melodyczne, które Ronson z resztą ekipy poddawali sprawnej i cwanej obróbce. Tak oto powstała nowoczesna, ale jednocześnie kłaniająca się w pas klasyce z lat 80., przebojowa, tętniąca świeżą grą sekcji rytmicznej i wypakowana singlowymi kopniakami płyta. Na "All You Need Is Now" dziwić może właściwie tylko utwór tytułowy. To taki industrial w ciemnych, ciężkich buciorach przesączony przez popową estetykę. Wybór tej piosenki na pierwszy singiel rozumiem jako fanaberię, bo konkurencja jest tu liczna i znacznie lepsza. Są jeszcze dwie instrumentalne wariacje na jej temat - prawdopodobnie podkreślające ważność tytułowej frazy, która według Johna Taylora jest "patrzeniem wstecz ze świadomością momentu, w którym jesteśmy tu i teraz". Jeszcze bardziej "tu i teraz" są kolejne fragmenty. "Being Followed", "Girl Panic!", "Safe", "Other People's Lives" to witamina c, godna pierwszych ważnych duranowych dopalaczy, takich jak "Careless Memories", "Rio" czy "Girls On Film". Jest tu też - według muzyków - "klasyczna ballada do kielicha i zagrychy", czyli "Leave The Light On", jest piękne prowadzenie melodii w ich najważniejszym od lat utworze - "The Man Who Stole A Leopard", jest wreszcie "Before The Rain" - melancholijny finał z kapitalnym, ultrachwytliwym refrenem. Słuchając tej płyty, po raz nie wiadomo który zastanawiam się, czego jeszcze można oczekiwać od Duran Duran? "All You Need Is Now" to jedno wielkie jajo z niespodzianką, w którego środku nie ma trudnej do składania tandety. Fajnie byłoby, gdyby zespół nabawił się jeszcze syndromu Małysza. Dwa dobre skoki oznaczają w przypadku tej grupy coś, co nie zdarzyło się jej przez prawie 30 lat - nagranie dwóch znakomitych płyt z rzędu. A kierownik Ronson niech nie opuszcza statku i zabierze się jeszcze za Depeche Mode. To byłby dopiero wypas! Popowa doskonałość 17-03-2011, autor: Anna Szymla, wp.pl, foto: duranduranpoland.com Jeśli szukacie znakomitego, popowego albumu, wszystko, czego potrzebujecie to "All You Need Is Now" ![]() Do nowego Duran Duran podchodziłam jak do jeża. Po pierwsze pamiętam nie do końca przekonujące "Red Carpet Massacre". Po drugie Mark Ronson ma na koncie kilka spektakularnych producenckich wpadek z "Rudebox" Robbiego Williamsa na czele. Po trzecie dziwne wydawało mi się publikowanie okrojonej wersji albumu najpierw w formacie cyfrowym, a dopiero po kilku miesiącach na kompakcie. No i singlowy numer tytułowy niezbyt mnie zauroczył. Jakież było więc moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że panowie są w szczytowej formie i nagrali fantastyczny longplay. Echa ich świetności z lat 80. słychać w niemal każdym utworze. Tę pulsację, tę rockową zadziorność w idealnej symbiozie z elektroniczną ekstazą, popową doskonałość, wspaniały głos Simona Le Bona. Nowe utwory porywają i pozostawiają z wielkim uśmiechem na twarzy. "Girl Panic!" to - mówię to z pełną świadomością - jedna z najlepszych piosenek w dorobku Duran Duran. Ponadto mamy disco-funkujące "Safe (In the Heat of the Moment)" z udziałem Any Matronic z Scissor Sisters czy śliczne "Leave a Light On", które można uznać za dalszego kuzyna "Save a Prayer". Trzeba też wspomnieć podlane orientalnym sosem "The Man Who Stole a Leopard" z epicko-filmowym zacięciem i podszeptującą Kelis, bardzo energiczne "Other People's Lives" i plażowo zrelaksowane "Mediterranea". I jeszcze świetne "Blame the Machines", a także... właściwie mogłabym wszystkie tytuły wymienić. "All You Need Is Now" choć mocno nawiązuje do korzeni zespołu, nie jest jakąś sentymentalną podróżą czy bezczelnym odkurzaniem starych, sprawdzonych patentów. Tym razem Ronson spisał się na medal. Płyta brzmi nowocześnie, drapieżnie, przebojowo, ale i elegancko, bardzo przestrzennie. Co najważniejsze, brzmi, jak Duran Duran, a wszystko, czego trzeba to włączyć ją od początku. Duran Duran i brakujące ogniwo 15-02-2011, autor: Hubert Musiał, źródło: dziennik.pl, foto: duranduranpoland.com Po latach zjadania własnego ogona Duran Duran wzięli się w garść. Na "All You Need Is Now" nie ma gry na tanich sentymentach. Są piosenki, które wpadają w ucho i nie mogą z niego wypaść. ![]() Najnowszy singel Duran Duran "All You Need Is Now" brzmi, jakby czas stanął w miejscu 28 lat temu. Ale to tylko pozory. Warto wsłuchać się na dłużej - wtedy spod warstwy elektronicznych szumów, zlepów i ciągów a'la Depeche Mode A.D. 1983 wyłaniają się strzępy melodii "Union of the Snake". Jest archaicznie, melodyjnie i bezpretensjonalnie. Nie ma jednak mowy o autoplagiacie - to świadome nawiązanie. Dzięki producentowi Markowi Ronsonowi muzycy odnaleźli siebie i puszczają oko do słuchacza. Odnajdywanie w nowych piosenkach dawnych przebojów: "Girls on Film" ("Girl Panic!"), "Rio" ("Bame the Machines") czy jednego z najsłynniejszych niesingli w historii muzyki rozrywkowej, "The Chauffeur" ("The Man Who Stole a Leopard"), to dla słuchacza frajda dodatkowa. Główna atrakcja to słyszeć, że dawni herosi popu odzyskali olimpijską formę. Perpetuum mobile Gdyby Duran Duran nie powstał, trzeba by go było wymyślić. I to nie tylko dlatego, że z perspektywy lat przystojnych muzyków zwykło uważać się za pierwowzór współczesnego boysbandu. Dzięki raczkującej MTV i wysokobudżetowym fabularnym (a nie koncertowym) wideoklipom kręconym na taśmie filmowej Duran Duran wyrósł na największą popową gwiazdę początku lat 80. Zanim świat usłyszał i zakochał się w "Planet Earth", muzyka rockowa i taneczna były oddzielnymi parami kaloszy. I dopiero kwintet z Birmingham doprowadził do spotkania plastikowego synth popu z funkującą sekcją rytmiczną i z rockowymi gitarami. Formuła okazała się na tyle chwytliwa, że zespół w ciągu 30 lat sprzedał na świecie przeszło 85 milionów płyt. W dodatku Duranami zainteresował się pisarz Neil Gaiman - biografia zespołu "Duran Duran" z 1984 roku była jego debiutem literackim, a dziś na inspirację nimi powołują się Notorious B.I.G., Justin Timberlake i The Killers. Po dwóch świetnych płytach: "Duran Duran" i "Rio" zespół nie wytrzymał presji i tempa, i zaczął odcinać kupony. I tak trzeci album "Seven and the Ragged Tiger" (1983) był już tylko marną kopią poprzedniczek, a czwarty, koncertowa "Arena" (1984), składanką największych hitów (plus "Is There Something I Should Know?"). A kiedy kupony się skończyły, Le Bon i S-ka, w międzyczasie namaszczeni przez krytyków na spadkobierców Beatlesów, zaczęli rozmieniać się na drobne. Historia ostatniego ćwierćwiecza zespołu została napisana kokainową ścieżką, rzeką alkoholu, kłótniami, rozwiązywaniem kolejnych kontraktów płytowych, prywatnymi występami na przyjęciach dla bogaczy oraz - najważniejsze - coraz gorszymi piosenkami. W tej kwestii szczytem (a w zasadzie dnem) okazał się wyprodukowany przez Timbalanda album "Red Carpet Massacre" (2007). Miało być bosko i bogato, wyszło festyniarsko i nudno. Płyta z trudem wspięła się na 44. miejsce listy przebojów - jeszcze nigdy Duran Duran nie upadł tak nisko. Stało się jasne, że nowy album to być albo nie być grupy. Ronson cudotwórca Mark Ronson dosłownie spadł Duranom z nieba. Miał nosa do trendów, rękę do hitów i sposób na sukces, czego potwierdzeniem była nie tylko Grammy za produkcję albumu Amy Winehouse, ale też płyty nagrane pod jego okiem i uchem przez: Christinę Aguilerę, Lilly Allen, Adele czy Robbie'ego Williamsa. Poza tym miał jeszcze inne atuty: według Le Bona dobrze wyglądał w garniturze i zdaniem Johna Taylora był największym fanem Duran Duran, jakiego spotkali. - W pierwszej chwili byłem przerażony, ten gość wiedział o naszym zespole więcej niż my sami - śmieje się "basowy" Duran. Po 25 chudych latach muzycy byli głodni sukcesu i gotowi zaprzedać duszę diabłu, żeby wrócić do gry. Ronson nie wymagał aż takich cudów. Chciał tylko, żeby raz jeszcze weszli do tej samej rzeki. Oprócz Ronsona w podróży do dumnej przeszłości Duran Duran towarzyszą także śpiewające gościnnie Kelis i Ana Matronic (The Scissor Sisters) oraz odpowiedzialny za partie instrumentów smyczkowych Owen Pallett (Arcade Fire). Koncepcja była tyleż zwariowana, co prosta - nagrać płytę, która mogłaby ukazać się przed "Seven...". Najważniejsze jednak, że okazała się skuteczna. Podobnie jak założenie własnej wytwórni płytowej i pomysł, aby przed premierą sklepową płyty sprzedawać ją w internecie w cyfrowej wersji. W pierwszym tygodniu po premierze album znajdował się na drugich miejscach list przebojów w Wielkiej Brytanii i USA. Dziś wiadomo już, że zespół będzie jedną z największych gwiazd letnich festiwali. Duran Duran "All You Need Is Now" 22-12-2010, autor: Piotr Stelmach, źródło: onet.pl, foto: duranduranpoland.com Ta płyta ma tylko jeden mankament - ukazuje się 25 lat później, niż powinna. A poza tym, choć trudno zaliczyć ten fakt do mankamentów, brutalnie zmiata pod dywan lwią część dyskografii zespołu. ![]() "Winowajcą" jest Mark Ronson - facet, który spośród wszystkich współczesnych producentów chyba najlepiej zrozumiał fenomen muzyki pop z początku lat 80-tych. Ostatnie wyczyny Duran Duran i ich koszmarny efekt w postaci płyty "Red Carpet Massacre" z 2007 roku ustawiły ten zespół na samym czubie kolejki podupadłych gigantów wymagających od zaraz artystycznego liftingu. I Ronson taki lifting zrobił, stosując patent najprostszy i zarazem najlepszy ze wszystkich. Patent, którego przez prawie 30 lat nie wymyślił dla Duran Duran żaden tęgi mózg producencki z Timbalandem włącznie - zagrać tak, jak za czasów debiutu i płyty "Rio". Archaicznie dziś, acz z dawnym błyskiem. Ultramelodyjnie, acz bez cienia żenady. I zwyciężyć! Płyta gra i oto w pierwszej dziesiątce twoich ulubionych kawałków Duran Duran musisz zrobić trochę miejsca na "The Man Who Stole A Leopard", czyli utwór, w którym gościnnie frazuje Kelis. Jak dobrze pójdzie, w tym zestawieniu zmieścisz jeszcze "Before The Rain". To bezwzględnie dwie najlepsze piosenki tej kapeli od czasu singlowych ciosów w postaci "Ordinary World" i "Come Undone", a być może nawet od 1982 roku, kiedy po raz pierwszy wybrzmiewały ostatnie sekundy zamykającego album "Rio", wielkiego nie-singla "The Chauffeur". Oba przywołują zresztą ewidentnie ten najwspanialszy w całym dorobku zespołu utwór. 17 lub 28 lat wstecz? Dla muzyka to terminy, których teoretycznie nie ma. Zadziwiające, że dla członków Duran Duran są. Mimo wydalenia na świat zbyt wielu nieistotnych piosenek i płyt, szokuje i zastanawia fakt, dlaczego ten zespół jeszcze nie zdziadział. Załamania nerwowe, odwyki, ciuchy, prochy, histeria najpiękniejszych na świecie fanek, kasa pozwalająca na zakup prywatnego morza, a z drugiej strony artystyczne zakalce w stylu "Pop Trash" czy wspomnianego wcześniej "Czerwonego dywanu". O co więc chodzi? Być może kluczem do przetrwania jest tu pielęgnowane przez Nicka Rhodesa poczucie smaku, które nigdy nie pozwoliło Duran Duran na skonfrontowanie się na przykład z okładką i tytułem o skali żenady równej wydawnictwu "Bananas" podpisanemu nazwą Deep Purple? A poza tym hity. Nieśmiertelne, idealnie skrojone komercyjne strzały, żyjące i mamiące swoim urokiem długo i szczęśliwie kolejne pokolenia. "Rio", "Save A Prayer", "Hungry Like The Wolf", "Planet Earth", "The Reflex" i kilka innych. Smacznie, prawda? Wracamy do nowej płyty. Refrenista Simon Le Bon przeżywa tu swoją czwartą lub dziewiątą młodość. Nick Rhodes, któremu na poprzednim albumie syntezator pomylił się z parapetem, wreszcie punktuje w swoim stylu - dyskretnie i efektownie zarazem. Perkusista Roger i basista John, obaj nazwiskiem Taylor, grzmocą sekcyjnie z podobną siłą, z jaką hałasowali chociażby w słynnym "Union Of The Snake" sprzed lat. Zwalisty utwór tytułowy jest znakomitym mariażem duranowskiego zawodzenia z przeszłości i sprytnej produkcji Ronsona, w której odpowiadający za brzmienie pryncypał nie próbuje spakować do kilkuminutowej piosenki wyposażenia połowy wszystkich studiów nagraniowych świata. Kapitalną podróż w przeszłość, czy jak kto woli powrót kapeli do korzeni uprzyjemnia piosenka "Girl Panic", czyli młodszy brat pochodzącego z debiutu znakomitego singla "Girls On Film". O właściwy przyrost naturalny zadba zaś ballada "Leave The Light On", czyli nomen omen coś na kształt krzyżówki "Come Undone" i "Save A Prayer". Teraz premiera cyfrowa, czyli w sieci. W lutym namacalna, czyli w sklepach. Dziewięć piosenek w wersji podstawowej. Tak jak na "Rio". Więcej od tego zespołu nie wymagam. Mam tylko jedno życzenie - żeby współpraca z Ronsonem trwała jeszcze kilka lat. Wtedy mają szansę nagrać dwie świetne płyty z rzędu. A to nie stało się przecież od czasu tych dwóch pierwszych. Kurcze, czy ktoś przypuszczał, że ten rok skończy się tak fajnie? |
|
2006-2011 • kontakt: info@duranduranpoland.com • oficjalna strona zespołu: www.duranduran.com • do góry strony
|