home

 4
1995 THANK YOU
THANK YOU
1.
White lines
5:32
2.
I wanna take you higher
5:05
3.
Perfect day
3:51
4.
Watching the detectives
4:48
5.
Lay lady lay
3:52
6.
911 is a joke
3:59
7.
Success
4:05
8.
Crystal ship
2:51
9.
Ball of confussion
3:45
10.
Thank you
6:35
11.
Drive by
5:35
12.
I wanna take you higher again
4:25
 
 

TYLKO ROCK (3 gwiazdki)

To wspaniałe, że rock - tak jak jazz - ma od dawna swoje standardy. Utwory, których wykonywanie jest potwierdzeniem kunsztu muzyków, a zarazem przypomnieniem o tradycji. Ale od kilku lat nabrało to niespotykanej wcześniej rangi: znaczące zespoły nagrywają płyty wypełnione całości (lub prawie w całości) piosenkami z repertuaru innych czołowych artystów. Postąpili tak Guns'n'Roses, zrobili tak nasi Acid Drinkers, a ostatnio przydarzyło się to elegantom z Duran Duran.

Ten ostatni zespół zawsze był zjawiskiem z tej mniej jasnej, popowej strony brytyjskiego rocka. Jednak przygotowując "Thank you" sięgnął po utwory artystów, których cechuje autentyzm lub stylistycznie bezkompromisowość. W dodatku mamy tu twórczość reprezentantów bardzo różnych odmian rocka i nawet soulowego klasyka, Sylwestra Stewarda, szefa Sly and Family Stone. Niby od dawna w rockowym disco Duran Duran odzywało się funky, mamy też na "Thank you" funkowe "Ball of confussion", ale ekipie Simona Le Bona muszę - ku swojemu zaskoczeniu - pogratulować dobrego gustu, jeśli chodzi o muzykę murzyńską. Bo wybrali przebój Sly and Family Stone z festiwalu Woodstock "I wanna get you higher" [oryginalna pisownia p. Królikowskiego].

Duranowe wersje cudzych kompozycji z "Thank you" można - z pewnym uproszczeniem - podzielić na dwie grupy. Pierwsza to piosenki, które zostały złagodzone, wygładzone, zatopione w muzycznym plastyku, naznaczone charakterystycznym stylem grupy. Taki los spotkał dylanowskie "Lay lady lay", czy "Perfect day" Lou Reeda, z którego wyparowała cała - tak charakterystyczna dla niego - dźwiękowa perwersja. Ale znając Le Bona i spółkę, coś takiego można łatwo było przewidzieć. Natomiast sposób, w jaki potraktowana została druga grupa utworów - w tym wspomniany "I wanna take you higher" - zaskakuje. Najwyraźniej Duran Duran starał się zachować jak najwięcej z klimatu oryginałów, zmiany aranżacyjne też dokonane zostały w odpowiednim duchu. Co więcej: Simon Le Bon chwilami wręcz wciela się w wokalistę, który pierwotnie śpiewał dany utwór. I tak w "Cristal ship" jego głos upodabnia się do głosu Jima Morrisona, a w "Thank you" do Roberta Planta. Czyli zabawowy zespół proponuje nam nową zabawę. Może nawet coś więcej.

Na okrasę jest jeszcze własny utwór Duran Duran, "Drive by", nastrojowy, trochę dziwny, z melorecytacją i w aranżacji z prawdziwym zespołem smyczkowym. A tak ogólnie biorąc: spece od muzycznej konfekcji, wzmocnieni plejadą dodatkowych muzyków (w tym sławy jak Roger Taylor [p. Królikowski zdaje się nie wiedział, że jest to były perkusista ze składu Duran Duran, a nie ten z Queen], Terry Bozzio i Lee Oskar) i wokalistów, zaproponowali coś, co może zaintrygować. Choć, też na pewno, nie oznacza przełomu w ich artystycznej działalności.

Wiesław Królikowski


BRAVO (polska edycja) - NASZ TYP

Po udanym powrocie krążkiem "Wedding album" Duran Duran potwierdzają swą wysoką pozycję płytą z nowymi wersjami utworów sprzed lat. W roli odtwórców cudzych kawałków czują się znakomicie. Co najmniej kilku utworom nadali nowego oblicza. Na uwagę zasługuje znany już z singla stary kawałek Lou Reeda pt. "Perfect day" oraz kompozycja Boba Dylana "Lay lady lay". Simon Le Bon potwierdza, że jest genialnym wokalistą.


WIADOMOŚCI KULTURALNE (nr 21 z dnia 21 maja 1995)

Zespół znakomity, wokalista o szlachetnym głosie, piękna karta w historii europejskiej muzyki pop, wiele doskonałych płyt w przeszłości. Ta płyta niestety, słabiutka.


EXPRESS WIECZORNY (nr 104 z dnia 5 maja 1995)
(5 punktów, czyli w porządku)

Pismo "Spin" w skali dziesięciopunktowej dało płycie "Thank you"... punktów dwa - czyli niezbyt dużo. Trochę mnie ta ocena zdziwiła, rzeczywiście autorska twórczość Duran Duran nie zasługuje nawet na średnio wysokie oceny, ale akurat ta płyta jest jedną z lepszych pozycji w dyskografii grupy. Znalazły się na niej ulubione utwory muzyków, w tym Lou Reeda, Boba Dylana, Elvisa Costello. Pobrzmiewają tu nawet echa dokonań Grandmaster Flasha - prekursora i jednego z najważniejszych przedstawicieli rapu. Ich utwory w wykonaniu Duran Duran swym klimatem przypominają te, niegdyś grane przez Roxy Music czy Davida Bowiego. Czyli tych artystów, którzy w latach 80. byli mistrzami dla rockowych romantyków. "Thank you" ma tylko jedną, ale zasadniczą wadę - jest niekomercyjna.

Balcer


WEDŁUG DZIENNIKARZY MAGAZYNU "Q" PŁYTA "THANK YOU" ZOSTAŁA WYBRANA NAJGORSZYM ALBUMEM WSZECH CZASÓW

W swoim majowym (2006) wydaniu miesięcznik "Q" ogłosił swoją listę 50 najgorszych albumów w historii muzyki. Na pierwszym miejscu tego zestawienia znalazła się płyta "Thank you".

Nie róbcie tego! Oh, już to zrobiliście...

"W połowie lat 90-tych Duran Duran zdawali się pogrążać w płytkiej dekadencji poprzednich dziesięcioleci - bardziej znani byli ze swoich wyczynów na jachtach, aniżeli dzięki swojej muzyce. Zredukowani do lichego tercetu: Simon Le Bon, John Taylor i Nick Rhodes, ściągnęli do siebie gitarzystę, który wcześniej grał u Franka Zappy. Miał on nadać ich nagraniom obcy im rockowy akcent.

Nie mając szans na powrót do minionej chwały, wypasieni, bez znaczenia dla brytyjskiej sceny muzycznej ogłupionej wówczas przez Britpop, Duran Duran otrzymali nagle jeszcze jedną szansą, jaką był niespodziewany sukces singla "Ordinary world". Dlatego też John Taylor wstrzymał swoją decyzję o opuszczeniu zespołu. Aby zatrzymać tę chwilę jak nadłużej, wpadli na pomysł, aby nagrać album z coverami. Niczym David Bowie w "Pin Ups", chcieli wyróżnić tym twórców którzy mieli wpływ na ich twórczość. Taki przynajmniej był ten plan.

Nie były to jednak covery jakiś tam starych piosenek. Wybrali do tego najlepsze utwory w swoim gatunku. Z zadziwiającym brakiem samokrytyki Duran Duran całkowicie chcieli zmienić tym swoje miejsce na scenie muzyki pop. Jakikolwiek jednak ich zamiar, by nagrać covery Led Zeppelin, Sly & The Family Stone, czy Iggy Popa był oczywistą głupotą. Wysiłek dokonany przez grupę zmęczonych new romatics, których czas już dawno minął, jest więc tutaj całkowicie niedorzeczny.

Najgorszą z rzeczy było rapowanie w "911 is a joke" Public Enenmy. To przecież polemika przeciw polityce amerykańskiej służby zdrowia prowadzonej wobec czarnych sfer społeczeństwa tego kraju. Napisana z odpowiednią złością zaangażowanego rapu straciła większość swojego sensu, gdy wykonali ją biali multimilionerzy z Birmingham.

Duran Duran odrzucają stwierdzenie, jakoby ta płyta była komercyjnym samobójstwem. Nawet jeśli John Taylor opuścił wówczas grupę i trafił na odwyk, a kolejny album Duran Duran nie ukazał się nawet w Wielkiej Brytanii. Chociaż Lou Reed przyznał w jednym z wywiadów, że "Perfect day" było najlepszym coverem jego piosenek. Stary, przewrotny "myszołów".
"

Za najgorszą piosenkę z płyty redakcja wybrała "The needle and the damage done" - chociaż jest to bonusowy utwór dodany do wersji japońskiej i amerykańskiej wersji maxi-singla "Perfect day".

W zestawieniu magazynu Q znalazły się również takie płyty jak: Lou Reed "Metal machine music" (poz. 4), Billy Idol "Cyberpunk" (5.), Mick Jagger "Primitive cool" (8.), Bob Dylan and the grateful dead "Dylan and the dead" (17.), The Clash "Cut the crap" (21.), Rolling Stones "Dirty work" (28.), Stevie Wonder "The woman in red" (38.), czy Beck "Midnite vultures" (50.). Nie zabrakło również dokonań Spice Girls, Naomi Campbell, Westlife, Crazy Frog, czy Milli Vanilli.

ŹLE WYSZŁO
rozmowa z Kenem Scottem, inżynierem dźwięku na płycie "Thank you"

"Thank you " najgorszym albumem wszechczasów. Czy to niesprawiedliwy wynik?

Oh, nie. Myślę, że to poprostu źle wyszło. W końcu pracowałem nad oryginałem "Perfect day". Tutaj byłem jednak bardziej jak inżynier dźwięku, a nie producent. Tak to szło: "Tak chcecie, żeby było? No to ok."

Jak była atmosfera w studio?
To była bardzo dziwaczna sytuacja, bo oni wtedy nie dogadywali się ze sobą nawzajem, było pomiędzy nimi dużo animozji. Każdy z nich mieszkał u siebie w innym kraju. Spędzałem zatem kilka dnia z Johnem, w Los Angeles, potem wracałem do Anglii, by popracować z Warrenem (który zachłyśnięty był sukcesem "Ordinary world", gdyż napisał większą część tekstu), a jemu się nie podobało to co zrobiliśmy z Johnem. Po tym jechałem do Francji, żeby popracować z Simonem, któremu z kolei też się to co już było zrobione nie podobało. To była bardzo głupia praca.

Kawałków rapowanych nie można brać na serio.
(Śmiech) Słuchaj, Simon nigdy nie będzie murzynem, nawet gdyby bardzo chciał. Zobacz jak próbuje tego tańcząc na scenie. Z pewnością nigdy nie ogląda się w TV.

tłumaczenie: durAnka

zobacz

"Co do tej płyty byliśmy jednomyślni, to katastrofa pod każdym względem - tłumaczy zastępca redaktora naczelnego, Gareth Grundy - W końcu mamy tam Simona Le Bona śpiewającego utwór Public Enemy".